[czas i odległość mocno "na oko" - muszę znaleźć notes żeby wpisać dokładnie]
Dziś docieramy do Holandii. Odrobinę mnie już znudziły Niemcy, więc witam nowy kraj z radością. Rowerami poruszają się tu praktycznie wszyscy, piesi to dość żadki widok. Ścieżki rowerowe są dosłownie wszędzie. Za to kierowcy są nieco mniej przyjaźni rowerom, choć i tak jest o niebo lepiej niż w Polsce. Wieczorem zwiedzamy miasteczko - właściwie to pierwszy raz kiedy jechałem rowerem na wyprawie bez sakw :) Pałaszuję pyszne lody - 1 gałka, ale taka prawdziwa duża kula, a nie jakaś mała połówka ;]
Tylny hamulec po zabawie w górach ostatecznie padł. Krótkie oględziny - zdarte okładziny (klocki żywiczne). Wracam do sklepu, gdzie dzień wcześniej nabyłem plecak - na nowe okładziny wydaję 25,99 euro :[ Po szybkiej wymianie hamulców mocniej depię po pedałach, bo rano poszedł news że po południu czeka nas spory deszcz. Udaje mi się idealnie - zdążyłem rozbić namiot na kilka minut przed ulewą =)
Zupełny lajcik. Trasa krótka i łatwa. Aż mi się humor poprawił :) Po drodze znajduję duży (piętrowy!) sklep rowerowy, gdzie mają chyba wszystko. Kupuję nareszcie mój wymarzony plecaczek Deutera, którego 3 firmy w kraju (z głównym przedstawicielem włącznie) nie potrafiły dostarczyć na czas. Plecaczek jest super, od razu się polubiliśmy.
Góry nieco łagodnieją, ponoć to już ostatni dzień podjazdów - dalej ma być względnie płasko. Po cichu marzę o Holandii, tam na pewno żadne góry mnie nie zaskoczą ;). Na obiad burżujsko wybrałem się do baru na pizzę. Dania przygotowywała Turczynka z hustą na głowie i ni w ząb angielskiego... na migi próbuję pokazać co ma być na moim placku, tymczasem z tyłu słyszę swojsko brzmiące "Kurwa stary,czekaj ja jej powiem". Tak, trafiłem na pierwszego Polaka za granicą. Trocheśmy pożartowali i poszedł, a ja mogłem zabrać się za szamanie mojej ulubionej peperoni. Nareszcie znalazł się kamping z bezprzewodowym internetem. Pominiemy drobny fakt, że sieć WI-FI, pod którą się podłączyliśmy to było jakieś prywatne niezabezpieczone łącze ;P
W nocy lekki deszczyk. Rano na niebie chmury - błogosławieństwo! Dziś drugi dzień w górach, ale już lżej. Opatrznie staram się nie skracać drogi i poruszam się głównie szosami, niekiedy natykając się też na R1.
Robię duże zakupy w plusie :) Kupa radochy, jest nutella, czekolady, płatki, mleko... mmm! Zajadam się tym wszystkim już pod sklepem. Dalsza trasa z racji lekkiego chłodu i chmur to w porównaniu z poprzednim dniem czysta przyjemność.
Jadę lekko ciesząc oczy wiejskimi domkami i malowniczymi widokami, jest po prostu pięknie. Daleko nam do tych standardów harmoni, piękna i czystości.
Baza nad rzeką, bardzo przyjemna okolica. Za to Jaktorów trochę się gubi i docierają dopiero około 2 w nocy. Spałem radośnie pod chmurką, ale wciągnęli mnie do namiotu. Nie protestowałem :P
Jak dotąd najgorszy mentalnie i natrudniejszy fizycznie dzień wyprawy. Wczorajszy 6-ciokilometrowy podjazd był tylko rozgrzewką dla trasy jaka czekała na nas dziś. Przed nami otworzyły się prawdziwe góry z przewyższeniami sięgającymi kilometra. Nikt nie mówił o górach podczas przygotowań...
Jadę przez park narodowy - miało być krócej, bo szosa omija cały park dookoła. Napotkani turyści dopingują mnie przyjaźnie podczas podjazdu. Tym razem mam dużo wody, ponad 4 litry. Schodzi szybko.
Po południu kończą mi się siły. Kolejne podjazdy nie mają końca, gubię drogę starając się szukać skrótów. Szczytem wszystkiego staje się moment, gdy w odległości 10km od bazy nie mogę się przedrzeć z leśnej ścieżki na szosę. Jakieś 50 metrów do drogi, a wokół pełno sosnowych ścinek. Totalna bezsilność... w końcu jednak przedzieram się po kolei z rowerem i przyczepą przy okazji solidnie obdzierając nogi. Podjazd, który ukazał się zaraz potem biorę niemal z marszu ;)
Pechowy dzień nie skończył się zbyt szybko. Docierając na nocleg dostaję SMS, że śpimy gdzieś indziej :[ Tracę kolejne dwie godziny i parenaście złotych na roaming zanim ostatecznie trafiam na bazę.
Wciąż gorąco. Nie miałem pojęcia że w niedzielę w Niemczech nie będę w stanie NIGDZIE kupić wody. Zabieram z sobą 2,5l, które kończą się około południa. Życie w mijanych wioskach praktycznie nie istnieje - ot przemykające czasem samochody, poza tym grobowa cisza.
Dopada mnie poważny kryzys. Leżę ponad godzinę pośrodku jakiejś wsi, choć GPS podaje że w lini prostej mam nie więcej niż 20km do bazy noclegowej. W końcu przełamuję się, zostawiam rower i wędruję z pustą butelką 1,5l po uliczkach dzwoniąc do zupełnie przypadkowych mieszkań. Chyba za 6 razem z okna powyżej drzwi wychyliła się w końcu starsza pani. Oczywiście angielskiego nic a nic, do tego nie wzbudzam w niej zbyt wielkiego zaufania. Ostatecznie po dość długich wyjaśnieniach gestykujachach dała się namówić na napełnienie butelki kranówką.
Żłopię wodę niemal duszkiem i wsiadam na rower z nowymi siłami. W Gernrode nie mogę znaleźć bazy noclegowej - jest ich wg mapy miasta 5. Szczęśliwie trafiam niemal od razu na dobry kierunek - po drodze spotykam ekipę z Jaktorowa. Informują mnie, że przed nami 6km podjazd. Ich samochód wsparcia właśnie kursuje serpentynami między szczytem i podnóżem góry wożąc ludzi i sprzęt na bazę. Poją mnie swoją wodą, oczywiście ciepłą. Wpycham sakwy do samochodu, z pustą przyczepą wjeżdzam na szczyt. Na górze ekipa wita brawami :) Bardzo miły gest.
Jaktorów zaprasza mnie na obiad i chętnie z tego zaproszenia korzystam :D
Słońce, czuję się jak skwarek na patelni. Mam wrażenie, że opony przykleją mi się do asfaltu. W niemieckich wioskach - w odróżnieniu od polskich - w zasadzie nie ma sklepów spożywczych. Za to z łatwością spotkać można salon samochodowy albo sklep z piłami łańcuchowymi. Gorąca woda w bidonie smakuje ohydnie, stąd w akcie desperacji zatrzymuję się w maleńkiej przydomowej kafejce. Kafejka obrała obie chyba za cel inny gatunek klientów - szklanka coca-coli podana przez nieanglojęzyczną Niemkę kosztuje mnie... 2,50 euro! To była najdroższa cola w moim życiu. Do tego ciepła.
Rozkręcam się, jest coraz lepiej :) Robi się słonecznie, więc i nastroje lepsze. Mam za to jakiś problem z SPD - zaliczam 3 gleby w przeciągu kilku godzin - co prawda jestem ciamajdą rowerowym ;) ale nie aż takim. Przyglądam się pedałom, potem butom. Winowajcą okazał się obluzowany blok. Szkoda że tak późno doszedłem istoty problemu - trochę szwanuje kolano i łokieć.
W temacie R1, która wciąż pojawia się nagle by równie nagle zniknąć, uznaję że bez dokładnej mapy nie będę w stanie nią jechać. Trasa, którą wiedzie eurorute jest faktycznie bardzo ciekawa i stroni od ruchu samochodowego, ale po prostu niemożliwe jest utrzymać się na niej mając za przednika tabliczki z zielonym rowerkiem.
Wieczorem wcinam pierwszy prawdziwy obiad - makaron z wołowiną. Gotowiec oczywiście :P Postanawiam zacząć nareszcie się dobrze odżywiać bo na chińskich rosołkach daleko nie zajadę.
Ranek ciężki, ale nastroje zaskakująco dobre. Po południu w końcu przestaje padać. Pierwszy dzień wyprawy mocno dał się we znaki, ale wszyscy zjawiamy się na mecie przed nocą.
Na kolację zupka chińska. Nie mam siły i finezji na gotowanie wymyślniejszych potraw... a może po prostu dotarło do mnie, że nie potrafię gotować? Coś trzeba będzie z tym zrobić :]
Tylko jednen z nas - Marcel, mówi nieźle po niemiecku. Umiejętność ta przydaje się niezmiernie, bo Niemcy, zwłaszcza ci starsi z angielskim ni w ząb. Trochę dziwne. Za to zdumiewa ich kultura i ekologiczny styl życia. Dużo doskonałych, asfaltowych ścieżek rowerowych. Na szosach praktycznie każdy mija mnie lewym pasem - to niesamowite. Kolejny zaskakujący szczegół to śmieci - a raczej ich brak. Po prostu ich nie ma, bo nikt tu nie śmieci. Może by spróbować tak u nas? :>
Głównie to miejsko kręcę i turystyka rowerowa też mnie pociąga. Na zawody co roku się wybieram i co roku odkładam na za rok ;)
Często się gubię, rozwalam sprzęt w pył przy zawrotnych prędkościach 20km/h i nieustannie trafiam na najgorsze deszcze. Dlatego nikt ze mną nie jeździ :D