Wpisy archiwalne w kategorii

Wyprawa Wędrownicza 2007

Dystans całkowity:1662.33 km (w terenie 110.00 km; 6.62%)
Czas w ruchu:98:06
Średnia prędkość:16.95 km/h
Liczba aktywności:20
Średnio na aktywność:83.12 km i 4h 54m
Więcej statystyk

Dover -> Londyn (Frylands

Poniedziałek, 30 lipca 2007 · Komentarze(2)
Dover -> Londyn (Frylands Wood Scout Campsite)

Dziś miało być tylko do Chatham, ale rano dostajemy wiadomość od Włocławka, że trasa nie była tak straszna i proponują nam jechać - podobnie jak oni dzień wcześniej - prosto do Londynu. Krótka debata i ciągniemy!
Jadę oczywiście sam, trochę mi głupio, ale naprawdę trudno mi dostosować własne tempo do grupy. To już ostatni dzień, a pogoda dobra, więc pozwalam sobie na odrobinę luksusu i przyczepkę z sakwamki wrzucam do samochodu technicznego. Zostaje tylko mały plecak z wodą i ciastkami, no i oczywiście aparat :). Jazda bez przyczepy daje dużo radochy, pierwsze 50km jadę bardzo szybko.
Za to naprawdę dużym problemem stał się ruch prawostronny. Pierwsze ronda to były niezapomniane doznania. Pomijając już że pierwsze 5km jechałem po prawej, dopóki w końcu któryś z trąbiących kierowców mi nie przypomniał co robię źle ;] Potem jest już dobrze, ale te ronda to prawdziwy hardkor, tym bardziej, że kultura na drodze w dużej części podobna do polskiej. No i ścieżek rowerowych też względnie mało i słabej jakości. Do Holandii Anglikom pod tym względem bardzo daleko.
Droga z Dover do Londynu, pomimo wcześniejszych plotek nie okazuje się być płaską. Przyrównałbym ją do szos jurajskich. Ten fakt w połączeniu z dużą uwagą, którą musiałem wykazywać wobec zmiany kierunku ruchu i chamstwa na drogach sprawiło, że gdzieś w połowie trasy zrobiło się ciężko. Wcinam więcej ciastek i batonów, ale niespecjalnie pomagają. Pod Londynem trasa robi się bardzo nudna i pełna rond, a zmęczenie daje się we znaki. Tylko coraz niższe cyferki na GPSie pokazujące odległość od celu pchały do przodu.
Cel osiągam około godziny 19 tutejszego czasu. Jestem niesamowicie dumny i zadowolony z siebie :)) Rower dosłownie się rozsypuje (chyba tylko rama się nie popsuła ;), ale to nieważne. Na miejscu odbieram gratulacje od przybyłych dzień wcześniej, potem dzielimy się wrażeniami. Jaktorów dociera późno w nocy, ale cieszę się że dociągneli prosto tutaj pomijając zaplanowany w Chatham nocleg. Panują ogólnie radosne nastroje, wszyscy jesteśmy zadowoleni z naszego wspólnie dokonanego wyczynu.

Trasa dobiegła końca. Rowerami będziemy jeździć już tylko do kibla :P. Najbliższe trzy dni będziemy bawić się zwiedzajac Londyn i skautowe miasto na Jamboree. No i oczywiście rankiem 1 sierpnia, wspólnie ze skautami z całego świata odnowimy nasze harcerskie Przyrzeczenie, co było naszym głównym wyprawowym celem.

(A już za kilka dni wracam na fantastyczne polskie gładkie szosy, pełne ścieżek rowerowych i kulturalnych kierowców zawszeutrzymujących przepisowy metr odległości przy wyprzedzaniu :P)

Calais -> Dover

Ten

Niedziela, 29 lipca 2007 · Komentarze(0)
Calais -> Dover

Ten dzień przeznaczamy wyłącznie na przeprawę do Dover. Ekipia wyprawowa rozdzieliła się na dwie grupy - Włocławek i Gniezno jadą eurotunelem przed południem, by potem jeszcze tego samego dnia wyczynowo uderzyć prosto na Londyn. Ja zostaję z Jaktorowem - przeprawiamy się wieczorem, planując nocleg w bliżej niekreślonym miejscu w Dover.

Byłem ciekaw eurotunelu, ale nie dane mi było go poznać - zostałem oddelegowany jako pilot i tłumacz wozu technicznego, który przeprawiał się promem. Moje niewyrafinowane umiejętności językowe na niewiele się jednak zdały - celnicy w Calais nie mówią po angielsku! Wprost brakło mi słów, gdy przy odprawie paszportowej miła pani strasznie siliła się by używać choć w 1/3 angielskich słów, ale i tak mówiła do mnie głównie po francusku. Totalny odlot.
Prom jak prom - płynie szybko, czas umilam uwieczniając cyfrowo morskie widoki.
Potem koniec sielanki. Nie wiemy jak odnaleźć ekipę z Jaktorowa i gdzie mamy spać. Nolceg załatwiamy sami (7,5 funta od głowy :] ), potem ruszamy na poszukiwania zagubionych. Anglicy (nie wiem jak od strony Francji) nie błysneli rozwagą i tabliczki do eurotunelu nie prowadzą nas pod żaden "dworzec" a prosto do bramek, gdzie mamy uiścić opłatę i mknąć do Francji. Zatrzymać się ani zawrócić nie wolno... Wprowadzamy więc małe zamieszanie (od razu widać jak bardzo Anglicy boją się ataków terrorystycznych!), ale ostatecznie na specjalnie wydanym karnecie udaje się nam zawrócić. Jaktorów (a po drodze też i Kasię) ostatecznie łapiemy pod Tesco i późnym wieczorem docieramy na nocleg.

Newport -> Calais

Kurs

Sobota, 28 lipca 2007 · Komentarze(2)
Newport -> Calais

Kurs na Francję. Znów nie zauważam, kiedy przekroczyłem granicę. Może w ogóle nie było to oznaczone? Francję jak i Francuzów odbieram dwojako - miejsca i ludzie są albo bardzo przyjazne, albo zupełnie odwrotnie. Generalnie im mniejsze miasteczko, tym więcej kultury na drodze, czystości i zainteresowania moją osobą. Zaczepiono mnie aż czterokrotnie! :) I za każdym razem muszę opowiadać całą historię... ale w sumie to bardzo miłe, że są tacy ciekawi.
Jednak im większe miasto, tym gorzej. W Calais kumuluje się całe uliczne chamstwo i ogólny syf na ulicach. Po rajskich doznaniach estetycznych z Niemiec i Holandii ilość śmieci walająca się po ulicach lekko mnie szokuje, podobnie jak brzydkie blokowiska w centrum miasta. W sumie w Polsce mamy podobnie ;]

Na trasie miałem poważny problem - całą wyprawę nawigowałem się wyłącznie mapami z GPSa, które wgrałem jeszcze w domu... i zapomniałem dograć jednego kawałka. Między Dunkierką i Calais :]. Jazda w nieznane na azymut dostarczyła niezapomnianych wrażeń, przy okazji nadłożyłem kawałek gubiąc się w ślepych osiedlowych uliczkach.
W Calais nocujemy na jednym z najgorszych kampingów wyprawy - śmieci dosłownie fruwały między namiotami. Do tego we Francji mało kto zna angielski. Nie oczekiwałbym tego od przypadkowych osób (choć tu akurat najczęściej było nieźle), ale obsługa bazy kampingowej po angielsku mówić chyba jednak powinna. Dziwni ludzie.

Dzień był też o tyle ciekawy, że wieczorem zjawiła się Kasia. Przyjechała rowerem ze Szczecina, razem z większą grupą jadąc zupełnie nieoficjalnie - podobnie jak my - na Jamboree. Niestety grupa uznała, że z różnych powodów chcą wrócić... a ona nie :) Splot przypadków sprawił, że zdobyła do nas telefon i byliśmy "w pobliżu" (jakieś 100km ;) więc postnanowiła do nas dołączyć. Jeden dzień samotnej jazdy i oto mamy kolejną wyprawowiczkę na trasie :) Pogratulować uporu!

Cadzan-Bad -> Nieuwport

O

Piątek, 27 lipca 2007 · Komentarze(0)
Cadzan-Bad -> Nieuwport

O swoje negatywne wspomnienia z Niemiec będą skupione wokół gór, o tyle Holenderskie będą kojarzyć się głównie z wiatrem. Dziś wyjechaliśmy z Holadii, w sumie nie mam nawet pojęcia kiedy (ach, ta "strefa Szengen"... ;) Trasa tradycyjnie obfita w przedni wiatr z przelotnymi deszczami. Za to kultura belgijskich kierowców wyraźnie wyższa niż holenderskich - dwa razy mając nakaz ustąpnienia pierwszeństwa dostałem zaproszenie żeby przejechać. I to były TIRy!
Nocleg w Belgii - kamping nazywa się "Kompas" i zaliczam go do jednego z najlepszych na trasie. 7 euro i wszystko darmo - od pryszniców przez prąd aż po basen :).
Kulinarnie nienajlepiej, gotowanie idzie coraz sprawniej i smaczniej, ale skończył mi się gaz i nie mam pojęcia gdzie mogę kupić turystyczną butlę :( Do tego i tak miałbym z nią problem, bo w eurotunelu ponoć gazu nie pozwolą mi wieźć.
W kwestii pysznego chleba z piekarni w Cadzan nie mam nic do powiedzenia, bo oczywiście zapomniałem kupić :]

Zierikzee -> Cadzan-Bad

Wciąż

Czwartek, 26 lipca 2007 · Komentarze(0)
Zierikzee -> Cadzan-Bad

Wciąż wietrznie, trochę pada. Zdobywamy jeszcze kilka mostów, a na koniec 20-minutowa przeprawa promem.
Obsługa kempingu w ogóle nie mówi po angielsku, za to znalazł się klient, który oprócz biegłego angielskiego odrobinę mówił po polsku :D Miło. Zi
Ponoć rano będziemy mogli kupić pyszny chleb prosto z piekarni za 50 centów, co na tę część europy jest wręcz podejrzanie tanio. Jutro się okaże jak to jest ;)
Tylna przerzutka w ogóle nie pracuje, coś trzeba będzie jednak z tym zrobić.

Hoek van Holland -> Zierikzee

Hoek van Holland -> Zierikzee

Wieje mocno, ale pogoda słoneczna. Dziś przejeżdżamy przez słynne mosty na wybrzeżu Holandii. Faktycznie widoki niecodzienne, podobnie jak i wiatr.
Po południu docieramy do jednego z najlepszych kampingów, nie tyle pod wzglętem luksusów (bo tu akurat było marnie) ale obsługi w postaci fantastycznego pana w średnim wieku podobnego nieco do Hulka Hogana ;).
Kolejny dzień nie mam ochoty nic robić z rowerem, a ten łapie coraz to nowe usterki. Aktualnie są problemy z jednym hamulcem, tylną przerzutką, licznikiem i sakwami. Może w Calis znajdę chwilę? :>

Utrecht -> Hoek van Holland

Utrecht -> Hoek van Holland

Totalne załamanie pogody. Od rana deszcz, do tego nieziemska wichura. Rower pcham chyba tylko siłą woli. W Utrechcie zaczepia mnie Holender z pytaniem, czy widziałem już mosty nad morzem. Zobaczę :)
Po założeniu obozu wieczorem, z racji polepszenia pogody ruszamy przywitać się z Morzem Północnym. Wygląda trochę jak Bałtyk, tylko dużo więcej statków i ogromny port na horyzoncie.


Vorden -> Utrecht


Vorden -> Utrecht

Deszcz. Mam go powoli dość. Naderwałem kabelek w liczniku, raz działa, raz nie. Jego funkcje przejmuje GPS. W jakimś małym miasteczku zaczepia mnie starsza pani (tak sporo po 80-tce) i pyta o przyczepkę. Nienaganny angielskim opowiada że co roku ogląda Tour de France, a jej syn też był skautem ale urósł i już nie jest :P Ogólnie wprawia mnie w lekki szok, zwłaszcza po tym jak mówi, że sama jeszcze czasem jeździ rowrem. Twardzi ci Holendrzy.

Winterswijk -> Vorden

Na

Niedziela, 22 lipca 2007 · Komentarze(0)
Winterswijk -> Vorden

Na jeden dzień rozdzielamy się - na trasie powstał pomysł zmiany miejsca noclegu na dalsze celem zwiedzenia (Armen). Mnie się niespecjalnie chce, jadę krótszy dystans (następnego dnia trzeba będzie go oczywiście nadrobić).
Trasa spokojna i płaska jak to w Holandii :P
Wieczorem nastąpiła próba usmażenia naleśników, zakończona wielką omletopodobną pulpą. W każdym razie zjedli :D

Munster -> Winterswijk

[czas

Sobota, 21 lipca 2007 · Komentarze(0)
Munster -> Winterswijk

[czas i odległość mocno "na oko" - muszę znaleźć notes żeby wpisać dokładnie]

Dziś docieramy do Holandii. Odrobinę mnie już znudziły Niemcy, więc witam nowy kraj z radością. Rowerami poruszają się tu praktycznie wszyscy, piesi to dość żadki widok. Ścieżki rowerowe są dosłownie wszędzie. Za to kierowcy są nieco mniej przyjaźni rowerom, choć i tak jest o niebo lepiej niż w Polsce.
Wieczorem zwiedzamy miasteczko - właściwie to pierwszy raz kiedy jechałem rowerem na wyprawie bez sakw :) Pałaszuję pyszne lody - 1 gałka, ale taka prawdziwa duża kula, a nie jakaś mała połówka ;]