Wpisy archiwalne w miesiącu

Lipiec, 2007

Dystans całkowity:1879.40 km (w terenie 115.00 km; 6.12%)
Czas w ruchu:108:31
Średnia prędkość:17.32 km/h
Liczba aktywności:27
Średnio na aktywność:69.61 km i 4h 01m
Więcej statystyk

Bielefeld -> Munster

Tylny

Piątek, 20 lipca 2007 · Komentarze(0)
Bielefeld -> Munster

Tylny hamulec po zabawie w górach ostatecznie padł. Krótkie oględziny - zdarte okładziny (klocki żywiczne). Wracam do sklepu, gdzie dzień wcześniej nabyłem plecak - na nowe okładziny wydaję 25,99 euro :[
Po szybkiej wymianie hamulców mocniej depię po pedałach, bo rano poszedł news że po południu czeka nas spory deszcz. Udaje mi się idealnie - zdążyłem rozbić namiot na kilka minut przed ulewą =)

Detmold -> Bielefeld

Zupełny

Czwartek, 19 lipca 2007 · Komentarze(0)
Detmold -> Bielefeld

Zupełny lajcik. Trasa krótka i łatwa. Aż mi się humor poprawił :) Po drodze znajduję duży (piętrowy!) sklep rowerowy, gdzie mają chyba wszystko. Kupuję nareszcie mój wymarzony plecaczek Deutera, którego 3 firmy w kraju (z głównym przedstawicielem włącznie) nie potrafiły dostarczyć na czas. Plecaczek jest super, od razu się polubiliśmy.

Holzminden -> Detmold

Góry

Środa, 18 lipca 2007 · Komentarze(1)
Holzminden -> Detmold

Góry nieco łagodnieją, ponoć to już ostatni dzień podjazdów - dalej ma być względnie płasko. Po cichu marzę o Holandii, tam na pewno żadne góry mnie nie zaskoczą ;).
Na obiad burżujsko wybrałem się do baru na pizzę. Dania przygotowywała Turczynka z hustą na głowie i ni w ząb angielskiego... na migi próbuję pokazać co ma być na moim placku, tymczasem z tyłu słyszę swojsko brzmiące "Kurwa stary,czekaj ja jej powiem". Tak, trafiłem na pierwszego Polaka za granicą. Trocheśmy pożartowali i poszedł, a ja mogłem zabrać się za szamanie mojej ulubionej peperoni.
Nareszcie znalazł się kamping z bezprzewodowym internetem. Pominiemy drobny fakt, że sieć WI-FI, pod którą się podłączyliśmy to było jakieś prywatne niezabezpieczone łącze ;P

[Glosar -> Holzminden]

W

Wtorek, 17 lipca 2007 · Komentarze(5)
[Glosar -> Holzminden]

W nocy lekki deszczyk. Rano na niebie chmury - błogosławieństwo! Dziś drugi dzień w górach, ale już lżej. Opatrznie staram się nie skracać drogi i poruszam się głównie szosami, niekiedy natykając się też na R1.

Robię duże zakupy w plusie :) Kupa radochy, jest nutella, czekolady, płatki, mleko... mmm! Zajadam się tym wszystkim już pod sklepem. Dalsza trasa z racji lekkiego chłodu i chmur to w porównaniu z poprzednim dniem czysta przyjemność.

Jadę lekko ciesząc oczy wiejskimi domkami i malowniczymi widokami, jest po prostu pięknie. Daleko nam do tych standardów harmoni, piękna i czystości.

Baza nad rzeką, bardzo przyjemna okolica. Za to Jaktorów trochę się gubi i docierają dopiero około 2 w nocy. Spałem radośnie pod chmurką, ale wciągnęli mnie do namiotu. Nie protestowałem :P

[Gernrode -> Glosar ]

[Gernrode -> Glosar ]

Jak dotąd najgorszy mentalnie i natrudniejszy fizycznie dzień wyprawy. Wczorajszy 6-ciokilometrowy podjazd był tylko rozgrzewką dla trasy jaka czekała na nas dziś. Przed nami otworzyły się prawdziwe góry z przewyższeniami sięgającymi kilometra. Nikt nie mówił o górach podczas przygotowań...

Jadę przez park narodowy - miało być krócej, bo szosa omija cały park dookoła. Napotkani turyści dopingują mnie przyjaźnie podczas podjazdu. Tym razem mam dużo wody, ponad 4 litry. Schodzi szybko.

Po południu kończą mi się siły. Kolejne podjazdy nie mają końca, gubię drogę starając się szukać skrótów. Szczytem wszystkiego staje się moment, gdy w odległości 10km od bazy nie mogę się przedrzeć z leśnej ścieżki na szosę. Jakieś 50 metrów do drogi, a wokół pełno sosnowych ścinek. Totalna bezsilność... w końcu jednak przedzieram się po kolei z rowerem i przyczepą przy okazji solidnie obdzierając nogi. Podjazd, który ukazał się zaraz potem biorę niemal z marszu ;)

Pechowy dzień nie skończył się zbyt szybko. Docierając na nocleg dostaję SMS, że śpimy gdzieś indziej :[ Tracę kolejne dwie godziny i parenaście złotych na roaming zanim ostatecznie trafiam na bazę.

Bilans dnia - obtarty tyłek, zdarte hamulce, obolałe mięśnie. Kolacja, spać, zapomnieć!

[Wolmirsleben -> Gernrode]

Wciąż

Niedziela, 15 lipca 2007 · Komentarze(1)
[Wolmirsleben -> Gernrode]

Wciąż gorąco. Nie miałem pojęcia że w niedzielę w Niemczech nie będę w stanie NIGDZIE kupić wody. Zabieram z sobą 2,5l, które kończą się około południa. Życie w mijanych wioskach praktycznie nie istnieje - ot przemykające czasem samochody, poza tym grobowa cisza.

Dopada mnie poważny kryzys. Leżę ponad godzinę pośrodku jakiejś wsi, choć GPS podaje że w lini prostej mam nie więcej niż 20km do bazy noclegowej. W końcu przełamuję się, zostawiam rower i wędruję z pustą butelką 1,5l po uliczkach dzwoniąc do zupełnie przypadkowych mieszkań. Chyba za 6 razem z okna powyżej drzwi wychyliła się w końcu starsza pani. Oczywiście angielskiego nic a nic, do tego nie wzbudzam w niej zbyt wielkiego zaufania. Ostatecznie po dość długich wyjaśnieniach gestykujachach dała się namówić na napełnienie butelki kranówką.

Żłopię wodę niemal duszkiem i wsiadam na rower z nowymi siłami. W Gernrode nie mogę znaleźć bazy noclegowej - jest ich wg mapy miasta 5. Szczęśliwie trafiam niemal od razu na dobry kierunek - po drodze spotykam ekipę z Jaktorowa. Informują mnie, że przed nami 6km podjazd. Ich samochód wsparcia właśnie kursuje serpentynami między szczytem i podnóżem góry wożąc ludzi i sprzęt na bazę. Poją mnie swoją wodą, oczywiście ciepłą. Wpycham sakwy do samochodu, z pustą przyczepą wjeżdzam na szczyt. Na górze ekipa wita brawami :) Bardzo miły gest.

Jaktorów zaprasza mnie na obiad i chętnie z tego zaproszenia korzystam :D

[Dessau -> Wolmirsleben]

Słońce,

Sobota, 14 lipca 2007 · Komentarze(0)
[Dessau -> Wolmirsleben]

Słońce, czuję się jak skwarek na patelni. Mam wrażenie, że opony przykleją mi się do asfaltu.
W niemieckich wioskach - w odróżnieniu od polskich - w zasadzie nie ma sklepów spożywczych. Za to z łatwością spotkać można salon samochodowy albo sklep z piłami łańcuchowymi.
Gorąca woda w bidonie smakuje ohydnie, stąd w akcie desperacji zatrzymuję się w maleńkiej przydomowej kafejce. Kafejka obrała obie chyba za cel inny gatunek klientów - szklanka coca-coli podana przez nieanglojęzyczną Niemkę kosztuje mnie... 2,50 euro! To była najdroższa cola w moim życiu. Do tego ciepła.

[Raben - Dosseau]

Rozkręcam

Piątek, 13 lipca 2007 · Komentarze(0)
[Raben - Dosseau]

Rozkręcam się, jest coraz lepiej :) Robi się słonecznie, więc i nastroje lepsze. Mam za to jakiś problem z SPD - zaliczam 3 gleby w przeciągu kilku godzin - co prawda jestem ciamajdą rowerowym ;) ale nie aż takim. Przyglądam się pedałom, potem butom. Winowajcą okazał się obluzowany blok. Szkoda że tak późno doszedłem istoty problemu - trochę szwanuje kolano i łokieć.

W temacie R1, która wciąż pojawia się nagle by równie nagle zniknąć, uznaję że bez dokładnej mapy nie będę w stanie nią jechać. Trasa, którą wiedzie eurorute jest faktycznie bardzo ciekawa i stroni od ruchu samochodowego, ale po prostu niemożliwe jest utrzymać się na niej mając za przednika tabliczki z zielonym rowerkiem.

Wieczorem wcinam pierwszy prawdziwy obiad - makaron z wołowiną. Gotowiec oczywiście :P
Postanawiam zacząć nareszcie się dobrze odżywiać bo na chińskich rosołkach daleko nie zajadę.

[Postdam -> Raben]

Ranek

Czwartek, 12 lipca 2007 · Komentarze(0)
[Postdam -> Raben]

Ranek ciężki, ale nastroje zaskakująco dobre. Po południu w końcu przestaje padać. Pierwszy dzień wyprawy mocno dał się we znaki, ale wszyscy zjawiamy się na mecie przed nocą.

Na kolację zupka chińska. Nie mam siły i finezji na gotowanie wymyślniejszych potraw... a może po prostu dotarło do mnie, że nie potrafię gotować? Coś trzeba będzie z tym zrobić :]

Tylko jednen z nas - Marcel, mówi nieźle po niemiecku. Umiejętność ta przydaje się niezmiernie, bo Niemcy, zwłaszcza ci starsi z angielskim ni w ząb. Trochę dziwne.
Za to zdumiewa ich kultura i ekologiczny styl życia. Dużo doskonałych, asfaltowych ścieżek rowerowych. Na szosach praktycznie każdy mija mnie lewym pasem - to niesamowite.
Kolejny zaskakujący szczegół to śmieci - a raczej ich brak. Po prostu ich nie ma, bo nikt tu nie śmieci. Może by spróbować tak u nas? :>

[Kostrzyn -> Postdam]

Start.

Środa, 11 lipca 2007 · Komentarze(0)
[Kostrzyn -> Postdam]

Start. Burmistrz Kostrzyna żegna 24 śmiałków. Zjawiają się też jakieś media - radio, telewizja, chyba też gazety. Nastroje pozytywne, choć widać lekkie podenerwowanie. Prawie 2 lata przygotowań, a przed wyjazdem wielu rzeczy nie udało się dograć. Trudno, będziemy się martwić potem.

Granicę przekraczamy o 9.30. Wzbudzamy zainteresowanie straży granicznej, aczkolwiek przeszukań nie było :P (prezydent ponoć interweniował wcześniej w sprawie naszych immunitetów).

Tabliczki z trasą R1 - naszą ścieżką aż do Calais. napotykamy już na granicy. I zaraz potem je gubimy. Grupa, co było do przewidzenia, rwie się na mniejsze. Ja nieco niedostosowany do różnego tempa grup, po pierwszych kilometrach postanawiam jechać samotnie.

Po południu pogoda mocno się psuje. Przedni wiatr się wzmaga, potem zaczyna mocno padać. A jeszcze nawet nie zdobyliśmy Berlina. Rwę dalej samotnie. Berlin okazuje się labiryntem, zbyt trudnym dla mojego GPSa ;]. Tracę ponad 2 godziny błądząc w mieście w deszczu. Robi się ciężko, ledwie dobijam do bazy.

Nocleg w Postdamie, a właściwie na jego końcu. Docieram około 22. Na mecie jest tylko jeden z dwóch samochodów wsparcia. Czekamy. Kładę się spać około północy, ostatnia grupa grupa dociera około 3 rano. Nastroje nietęgie. Boję się, że będą chcieli zrezygnować... ale nie :)