Dover -> Londyn (Frylands
Poniedziałek, 30 lipca 2007
· Komentarze(2)
Kategoria Turystyczne, Wyprawa Wędrownicza 2007
Dover -> Londyn (Frylands Wood Scout Campsite)
Dziś miało być tylko do Chatham, ale rano dostajemy wiadomość od Włocławka, że trasa nie była tak straszna i proponują nam jechać - podobnie jak oni dzień wcześniej - prosto do Londynu. Krótka debata i ciągniemy!
Jadę oczywiście sam, trochę mi głupio, ale naprawdę trudno mi dostosować własne tempo do grupy. To już ostatni dzień, a pogoda dobra, więc pozwalam sobie na odrobinę luksusu i przyczepkę z sakwamki wrzucam do samochodu technicznego. Zostaje tylko mały plecak z wodą i ciastkami, no i oczywiście aparat :). Jazda bez przyczepy daje dużo radochy, pierwsze 50km jadę bardzo szybko.
Za to naprawdę dużym problemem stał się ruch prawostronny. Pierwsze ronda to były niezapomniane doznania. Pomijając już że pierwsze 5km jechałem po prawej, dopóki w końcu któryś z trąbiących kierowców mi nie przypomniał co robię źle ;] Potem jest już dobrze, ale te ronda to prawdziwy hardkor, tym bardziej, że kultura na drodze w dużej części podobna do polskiej. No i ścieżek rowerowych też względnie mało i słabej jakości. Do Holandii Anglikom pod tym względem bardzo daleko.
Droga z Dover do Londynu, pomimo wcześniejszych plotek nie okazuje się być płaską. Przyrównałbym ją do szos jurajskich. Ten fakt w połączeniu z dużą uwagą, którą musiałem wykazywać wobec zmiany kierunku ruchu i chamstwa na drogach sprawiło, że gdzieś w połowie trasy zrobiło się ciężko. Wcinam więcej ciastek i batonów, ale niespecjalnie pomagają. Pod Londynem trasa robi się bardzo nudna i pełna rond, a zmęczenie daje się we znaki. Tylko coraz niższe cyferki na GPSie pokazujące odległość od celu pchały do przodu.
Cel osiągam około godziny 19 tutejszego czasu. Jestem niesamowicie dumny i zadowolony z siebie :)) Rower dosłownie się rozsypuje (chyba tylko rama się nie popsuła ;), ale to nieważne. Na miejscu odbieram gratulacje od przybyłych dzień wcześniej, potem dzielimy się wrażeniami. Jaktorów dociera późno w nocy, ale cieszę się że dociągneli prosto tutaj pomijając zaplanowany w Chatham nocleg. Panują ogólnie radosne nastroje, wszyscy jesteśmy zadowoleni z naszego wspólnie dokonanego wyczynu.
Trasa dobiegła końca. Rowerami będziemy jeździć już tylko do kibla :P. Najbliższe trzy dni będziemy bawić się zwiedzajac Londyn i skautowe miasto na Jamboree. No i oczywiście rankiem 1 sierpnia, wspólnie ze skautami z całego świata odnowimy nasze harcerskie Przyrzeczenie, co było naszym głównym wyprawowym celem.
(A już za kilka dni wracam na fantastyczne polskie gładkie szosy, pełne ścieżek rowerowych i kulturalnych kierowców zawszeutrzymujących przepisowy metr odległości przy wyprzedzaniu :P)
Dziś miało być tylko do Chatham, ale rano dostajemy wiadomość od Włocławka, że trasa nie była tak straszna i proponują nam jechać - podobnie jak oni dzień wcześniej - prosto do Londynu. Krótka debata i ciągniemy!
Jadę oczywiście sam, trochę mi głupio, ale naprawdę trudno mi dostosować własne tempo do grupy. To już ostatni dzień, a pogoda dobra, więc pozwalam sobie na odrobinę luksusu i przyczepkę z sakwamki wrzucam do samochodu technicznego. Zostaje tylko mały plecak z wodą i ciastkami, no i oczywiście aparat :). Jazda bez przyczepy daje dużo radochy, pierwsze 50km jadę bardzo szybko.
Za to naprawdę dużym problemem stał się ruch prawostronny. Pierwsze ronda to były niezapomniane doznania. Pomijając już że pierwsze 5km jechałem po prawej, dopóki w końcu któryś z trąbiących kierowców mi nie przypomniał co robię źle ;] Potem jest już dobrze, ale te ronda to prawdziwy hardkor, tym bardziej, że kultura na drodze w dużej części podobna do polskiej. No i ścieżek rowerowych też względnie mało i słabej jakości. Do Holandii Anglikom pod tym względem bardzo daleko.
Droga z Dover do Londynu, pomimo wcześniejszych plotek nie okazuje się być płaską. Przyrównałbym ją do szos jurajskich. Ten fakt w połączeniu z dużą uwagą, którą musiałem wykazywać wobec zmiany kierunku ruchu i chamstwa na drogach sprawiło, że gdzieś w połowie trasy zrobiło się ciężko. Wcinam więcej ciastek i batonów, ale niespecjalnie pomagają. Pod Londynem trasa robi się bardzo nudna i pełna rond, a zmęczenie daje się we znaki. Tylko coraz niższe cyferki na GPSie pokazujące odległość od celu pchały do przodu.
Cel osiągam około godziny 19 tutejszego czasu. Jestem niesamowicie dumny i zadowolony z siebie :)) Rower dosłownie się rozsypuje (chyba tylko rama się nie popsuła ;), ale to nieważne. Na miejscu odbieram gratulacje od przybyłych dzień wcześniej, potem dzielimy się wrażeniami. Jaktorów dociera późno w nocy, ale cieszę się że dociągneli prosto tutaj pomijając zaplanowany w Chatham nocleg. Panują ogólnie radosne nastroje, wszyscy jesteśmy zadowoleni z naszego wspólnie dokonanego wyczynu.
Trasa dobiegła końca. Rowerami będziemy jeździć już tylko do kibla :P. Najbliższe trzy dni będziemy bawić się zwiedzajac Londyn i skautowe miasto na Jamboree. No i oczywiście rankiem 1 sierpnia, wspólnie ze skautami z całego świata odnowimy nasze harcerskie Przyrzeczenie, co było naszym głównym wyprawowym celem.
(A już za kilka dni wracam na fantastyczne polskie gładkie szosy, pełne ścieżek rowerowych i kulturalnych kierowców zawszeutrzymujących przepisowy metr odległości przy wyprzedzaniu :P)


