Newport -> Calais
Kurs
Sobota, 28 lipca 2007
· Komentarze(2)
Kategoria Wyprawa Wędrownicza 2007, Turystyczne
Newport -> Calais
Kurs na Francję. Znów nie zauważam, kiedy przekroczyłem granicę. Może w ogóle nie było to oznaczone? Francję jak i Francuzów odbieram dwojako - miejsca i ludzie są albo bardzo przyjazne, albo zupełnie odwrotnie. Generalnie im mniejsze miasteczko, tym więcej kultury na drodze, czystości i zainteresowania moją osobą. Zaczepiono mnie aż czterokrotnie! :) I za każdym razem muszę opowiadać całą historię... ale w sumie to bardzo miłe, że są tacy ciekawi.
Jednak im większe miasto, tym gorzej. W Calais kumuluje się całe uliczne chamstwo i ogólny syf na ulicach. Po rajskich doznaniach estetycznych z Niemiec i Holandii ilość śmieci walająca się po ulicach lekko mnie szokuje, podobnie jak brzydkie blokowiska w centrum miasta. W sumie w Polsce mamy podobnie ;]
Na trasie miałem poważny problem - całą wyprawę nawigowałem się wyłącznie mapami z GPSa, które wgrałem jeszcze w domu... i zapomniałem dograć jednego kawałka. Między Dunkierką i Calais :]. Jazda w nieznane na azymut dostarczyła niezapomnianych wrażeń, przy okazji nadłożyłem kawałek gubiąc się w ślepych osiedlowych uliczkach.
W Calais nocujemy na jednym z najgorszych kampingów wyprawy - śmieci dosłownie fruwały między namiotami. Do tego we Francji mało kto zna angielski. Nie oczekiwałbym tego od przypadkowych osób (choć tu akurat najczęściej było nieźle), ale obsługa bazy kampingowej po angielsku mówić chyba jednak powinna. Dziwni ludzie.
Dzień był też o tyle ciekawy, że wieczorem zjawiła się Kasia. Przyjechała rowerem ze Szczecina, razem z większą grupą jadąc zupełnie nieoficjalnie - podobnie jak my - na Jamboree. Niestety grupa uznała, że z różnych powodów chcą wrócić... a ona nie :) Splot przypadków sprawił, że zdobyła do nas telefon i byliśmy "w pobliżu" (jakieś 100km ;) więc postnanowiła do nas dołączyć. Jeden dzień samotnej jazdy i oto mamy kolejną wyprawowiczkę na trasie :) Pogratulować uporu!
Kurs na Francję. Znów nie zauważam, kiedy przekroczyłem granicę. Może w ogóle nie było to oznaczone? Francję jak i Francuzów odbieram dwojako - miejsca i ludzie są albo bardzo przyjazne, albo zupełnie odwrotnie. Generalnie im mniejsze miasteczko, tym więcej kultury na drodze, czystości i zainteresowania moją osobą. Zaczepiono mnie aż czterokrotnie! :) I za każdym razem muszę opowiadać całą historię... ale w sumie to bardzo miłe, że są tacy ciekawi.
Jednak im większe miasto, tym gorzej. W Calais kumuluje się całe uliczne chamstwo i ogólny syf na ulicach. Po rajskich doznaniach estetycznych z Niemiec i Holandii ilość śmieci walająca się po ulicach lekko mnie szokuje, podobnie jak brzydkie blokowiska w centrum miasta. W sumie w Polsce mamy podobnie ;]
Na trasie miałem poważny problem - całą wyprawę nawigowałem się wyłącznie mapami z GPSa, które wgrałem jeszcze w domu... i zapomniałem dograć jednego kawałka. Między Dunkierką i Calais :]. Jazda w nieznane na azymut dostarczyła niezapomnianych wrażeń, przy okazji nadłożyłem kawałek gubiąc się w ślepych osiedlowych uliczkach.
W Calais nocujemy na jednym z najgorszych kampingów wyprawy - śmieci dosłownie fruwały między namiotami. Do tego we Francji mało kto zna angielski. Nie oczekiwałbym tego od przypadkowych osób (choć tu akurat najczęściej było nieźle), ale obsługa bazy kampingowej po angielsku mówić chyba jednak powinna. Dziwni ludzie.
Dzień był też o tyle ciekawy, że wieczorem zjawiła się Kasia. Przyjechała rowerem ze Szczecina, razem z większą grupą jadąc zupełnie nieoficjalnie - podobnie jak my - na Jamboree. Niestety grupa uznała, że z różnych powodów chcą wrócić... a ona nie :) Splot przypadków sprawił, że zdobyła do nas telefon i byliśmy "w pobliżu" (jakieś 100km ;) więc postnanowiła do nas dołączyć. Jeden dzień samotnej jazdy i oto mamy kolejną wyprawowiczkę na trasie :) Pogratulować uporu!


